„Duszę się. Nie dam rady. Co ja tu robię?” Te myśli pojawiły się niemal natychmiast po sygnale startu. Triminator Radków 2019 był moim pierwszym triathlonem — i już po kilku metrach w wodzie wyglądało na to, że debiut może skończyć się szybciej, niż się zaczął.
Ostatecznie dotarłem do mety w 3:02:15. Zabrakło mi 2 minut i 15 sekund do wymarzonych trzech godzin, ale tego dnia wydarzyło się coś ważniejszego: przekonałem się, że naprawdę chcę zostać w triathlonie na dłużej.
To nie jest historia idealnego debiutu. To historia paniki w wodzie, pięknego roweru, pustego baku na biegu i mety, po której od razu chciałem więcej.
Dlaczego wybrałem górski triathlon na debiut
Potrzebowałem nowego wyzwania, dlatego zapisałem się na Triminator Radków. Kilka osób odradzało mi te zawody jako pierwszy triathlon: górska trasa nie wybacza braku doświadczenia. Mnie pasował termin, a obietnica pięknych widoków zrobiła resztę. Więcej o tym, skąd wziął się ten pomysł, opisałem w tekście o początku mojej drogi do triathlonu.


Do Radkowa przyjechałem dzień wcześniej. Odbiór pakietu był sprawny; dostałem koszulkę, chip z paskiem, naklejki na rower i kask oraz czepek, który jako debiutant traktowałem niemal jak pierwsze trofeum.
Trasa Triminator Radków 1/4 IM
Wiedziałem, że będzie malowniczo, ale też trudno. Część rowerową obejrzałem wcześniej z samochodu. Nie jestem pewien, czy uspokoiło mnie to przed startem, ale przynajmniej zobaczyłem, z czym przyjdzie mi się zmierzyć.

- pływanie: 0,95 km (1,5 pętli)
- rower: 45 km (2 pętle na trasie Radków–Karłów–Radków)
- bieg: 10,55 km (2 pętle, częściowo przez Czechy)
Na całym dystansie miało uzbierać się około 900 metrów przewyższenia, przede wszystkim na dwóch długich podjazdach do Karłowa.
Poranek i strefa zmian
Pobudka o 6:45, bułka z dżemem na śniadanie, ogarnianie dzieci i wyjazd z miejsca oddalonego o około 12 km od Radkowa. O 8:30 byliśmy na miejscu. Parking przy zalewie był już zamknięty, ale oznaczenia i mapa organizatora pozwoliły bez problemu dotrzeć do strefy zawodów.


W strefie zostawiłem tylko to, czego naprawdę potrzebowałem: kask, okulary, buty rowerowe i biegowe, skarpetki, rękawki, pas z numerem, wodę oraz jedzenie na rower. Sprzęt pływacki czekał na mnie przy zalewie.

Z perspektywy czasu widać, że przygotowałem sprzęt dokładniej niż jedzenie. Dwa żele Squeezy znałem, ale baton i ostatni żel były niesprawdzone. Ten błąd wrócił do mnie na trasie.
Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli skorzystasz z bannera partnera, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowego kosztu dla Ciebie.

Najdłuższe dwie godziny przed startem
Strefę zmian przygotowałem szybko, więc około 9:00 oglądałem start zawodników z dystansu 1/2 IM. Mój start był dopiero o 11:00. Zaczynałem robić się głodny, dlatego zjadłem kolejną bułkę z dżemem, ale wciąż czułem niedosyt.

Po krótkiej rozgrzewce i wejściu do wody czułem się dobrze: gotowy, podekscytowany, nastawiony przede wszystkim na dotarcie do mety. Gdzieś z tyłu głowy był jednak ambitniejszy cel — złamać trzy godziny.

Pływanie: panika po kilku metrach
Startowaliśmy z wody. Po sygnale ruszyła prawdziwa „pralka”: szturchnięcia, walka o miejsce i próba złapania własnego rytmu. Popłynąłem zbyt mocno. Po kilku metrach oddech się posypał, pianka zaczęła sprawiać wrażenie zbyt ciasnej, a do problemu fizycznego dołączyła panika.
Próbowałem kraula bez zanurzania głowy, potem żabki. Najważniejsze było jedno: uspokoić oddech. Do pierwszej boi, mniej więcej na jednej trzeciej trasy, dopłynąłem bez poczucia pełnej kontroli. Tam kryzys zaczął puszczać. Wróciłem do kraula, odnalazłem tempo i nawet wyprzedziłem kilka osób.

Z wody wyszedłem po 22:07, z 56. czasem pływania. Garmin pokazał 1100 metrów zamiast 950, ale nawet przy oficjalnym dystansie był to wynik lepszy od mojego zwykłego czasu około 25 minut. Po takim początku samo odzyskanie spokoju było pierwszym zwycięstwem dnia.
Rower: podjazd, zjazd i szkolny błąd żywieniowy
W T1 szarpałem się z pianką i na moment poczułem skurcz łydki, ale udało się go zatrzymać. Po 2:18 — 22. czasie zmiany — byłem na rowerze. Zeszło ze mnie napięcie po pływaniu i znów zacząłem czerpać z zawodów radość.

Pierwszy podjazd do Karłowa ciągnął się niemiłosiernie. Naciskałem na pedały, a licznik pokazywał średnią około 18 km/h, chwilami nawet 9 km/h. Na 10. kilometrze sięgnąłem po niesprawdzony baton. Jeden kęs wystarczył, żebym wiedział, że go nie zjem. To była dokładnie ta zasada, którą znałem i zignorowałem: na zawody nie zabiera się nowego jedzenia.

Za Karłowem przyszła nagroda. Na zjeździe różnica między bieganiem a rowerem stała się bardzo dosłowna: zamiast 15 km/h zobaczyłem około 50, a momentami 55 km/h. Pierwszą pętlę kończyłem z uśmiechem, drugą rozpocząłem przy dopingu rodziny.

Na drugim podjeździe zjadłem ostatni sprawdzony żel. Rezerwowy, podobnie jak baton, okazał się niejadalny. Rower nadal dawał ogromną frajdę, ale głód narastał. Etap ukończyłem w 1:46:00, z 27. czasem roweru.
Bieg: pączki, matematyka i pusty bak
T2 zajęło mi 1:16, co dało 15. czas zmiany. Pierwsze dwa kilometry biegłem po około 4:30 min/km. Nogi były ciężkie, czworogłowe piekły, ale tempo wyglądało dobrze.


Na podbiegu energia nagle zniknęła i musiałem przejść do marszu. Od trzeciego kilometra myślałem niemal wyłącznie o pączkach, które kupiła moja mama. Na zbiegach wracało tempo około 4:00–4:15 min/km, lecz na drugiej pętli głód zaczął wygrywać.
Jeszcze liczyłem w głowie, czy uda się złamać trzy godziny. Ósmy kilometr w tempie około 6:00 min/km rozwiał większość nadziei. Robiłem krótkie zrywy, ale po kilkunastu metrach znów zwalniałem.

Kilometr przed metą zobaczyłem Olę i starszą córkę. Martynka przez chwilę biegła obok mnie — byłem tak zmęczony, że mnie wyprzedziła. Na ostatniej prostej minął mnie zawodnik, z którym wcześniej kilka razy zmienialiśmy się pozycjami na rowerze. Nie miałem już odpowiedzi. Finiszowałem pięć sekund za nim.

Wynik pierwszego triathlonu
| Etap | Czas | Miejsce w etapie |
|---|---|---|
| Pływanie | 22:07 | 56. |
| T1 | 2:18 | 22. |
| Rower | 1:46:00 | 27. |
| T2 | 1:16 | 15. |
| Bieg | 50:35 | 23. |
| Razem | 3:02:15 | — |
Bieg zajął mi 50:35. Jak na moje możliwości był przeciętny, ale wystarczył, żebym ukończył pierwszy triathlon z wynikiem, z którego byłem dumny. Nie złamałem trzech godzin, jednak znacznie ważniejsze było to, że po całym tym wysiłku miałem jedną myśl: podoba mi się to.

Czego nauczył mnie debiut
- Panika w wodzie nie musi kończyć startu — trzeba zwolnić, odzyskać oddech i wrócić do własnego rytmu.
- Żadnego nowego jedzenia na zawodach. Niesprawdzony baton i żel kosztowały mnie energię na biegu.
- Górska trasa może być trudnym debiutem, ale dobre oznaczenie i przemyślana organizacja bardzo pomagają.
- Rower i zmiany dały mi zupełnie nowy rodzaj sportowej frajdy. Wiedziałem już, że to nie będzie jednorazowa przygoda.
Organizacyjnie Triminator Radków zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie: jasne informacje, mapy, sprawny odbiór pakietów i dokładnie oznaczona trasa, również w miejscach z gorszym asfaltem i ostrymi zakrętami. Jeśli kalendarz pozwoli, chętnie tu wrócę.
To był mój pierwszy triathlon, ale już na mecie wiedziałem, że nie ostatni.
Większość zdjęć wykonała Ola. Zdjęcia oznaczone wcześniej gwiazdką pochodzą ze startlist.pl.
[…] korzystać z nowinek technicznych. Zdecydowanie mogę go polecić. Sprawdził się zarówno na zawodach, jak i w codziennym […]
[…] 14.09.2019 – trzymajcie za mnie kciuki:). Recenzja TUTAJ […]
[…] Triminator Radków 2019: mój pierwszy triathlon Relacja z Triminatora Radków 2019. […]