Enea Bydgoszcz Triathlon 2021 – relacja z walki do mety

Relacja z Enea Bydgoszcz Triathlon 2021: pływanie w Brdzie, mocny rower, kryzys na półmaratonie i finisz po walce ze skurczami.

Enea Bydgoszcz Triathlon miał być sprawdzianem: czy da się dobrze wystartować po trzech tygodniach bez regularnego treningu? To nie miało prawa się udać. Zamiast dobrego wyniku dostałem jednak coś cenniejszego — lekcję pokory i jedno z największych zwycięstw nad samym sobą.

Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli skorzystasz z oferty partnera, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowych kosztów po Twojej stronie.

Enea Bydgoszcz Triathlon po trudnych przygotowaniach

Ten sezon nie należał u mnie do szczególnie udanych. Najpierw spotkanie z psem, później kontuzja i w sumie trzy nieplanowane przerwy w treningach. Po IRONMAN 70.3 Gdynia bolało mnie kolano tak mocno, że przestałem trenować. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy w ogóle pojadę do Bydgoszczy. Na kilka dni przed startem było już lepiej, więc podjąłem decyzję: jadę.

Tym razem, zupełnie odwrotnie niż przed Gdynią, przyjechałem niemal na ostatnią chwilę. W Bydgoszczy zameldowałem się dopiero dzień przed zawodami, dobrze po godzinie 18.

Organizacja przed startem

Duży plus dla organizatorów za możliwość odbioru pakietu i wstawienia roweru do strefy zmian aż do godziny 21. Bez problemu trafiłem na miejsce i jeszcze tego samego wieczoru zostawiłem rower. Zadaszona strefa zmian była strzałem w dziesiątkę — nie musiałem martwić się deszczem ani mokrym sprzętem.

Marek w hali Łuczniczka przy rowerach ustawionych w strefie zmian
Zadaszona strefa zmian w hali Łuczniczka przed Enea Bydgoszcz Triathlon.

W pakiecie znalazł się też voucher na gadżety z hasłem #mamCEL. Marketingowo zrobiono to naprawdę dobrze — samo hasło motywowało, a produkty po prostu chciało się mieć.

Start i pływanie w Brdzie

Start zaplanowano na 8:00, co po pobudce na 6:00 w Gdyni było bardzo miłą odmianą. Na dystansie 1/2 IM czekały dwie pętle w Brdzie, z wyjściem z wody pomiędzy nimi: dwa razy pod prąd i dwa razy z prądem.

Spokojny rolling start

Rano można było jeszcze wejść do strefy zmian, uzupełnić wyposażenie przy rowerze, spokojnie się przebrać i zostawić rzeczy w depozycie. Doceniłem też toalety ustawione blisko startu — w Gdyni bardzo mi tego brakowało.

Zawodnicy ruszali dwójkami co osiem sekund. Ustawiłem się raczej z tyłu i dzięki temu zaliczyłem najlepszy start pływacki w życiu: bez „pralki”, przepychania i walki o miejsce. Dno miało być oczyszczone z roślin, a przy wyjściu z wody położono maty, żeby ograniczyć ryzyko poślizgnięcia.

Pierwsza pętla: wreszcie polubiłem open water

Wyglądało na to, że odczarowałem pływanie. Lęk znany mi z Silesiamana zniknął, a ja cieszyłem się z pierwszego startu w rzece. Podczas rozgrzewki nie miałem żadnych negatywnych odczuć. Woda wydawała mi się ciepła i nawet wodorosty specjalnie nie przeszkadzały.

Ruszyłem swobodnie swoim tempem. Miejsca było sporo, a kontakt z innymi zawodnikami zdarzył mi się może dwa lub trzy razy. Prąd był jednak mocny — pierwsze 500 metrów zajęło mi ponad 15 minut. Przy nawrotce zdublował mnie zawodnik płynący bez pianki, w samych kąpielówkach. Do dziś nie wiem, jak zrobił to tak lekko.

Marek wychodzi z Brdy i biegnie w stronę strefy zmian T1
Wyjście z Brdy i dobieg do T1 podczas Enea Bydgoszcz Triathlon.

Droga powrotna z prądem była znacznie szybsza. Miejscami musiałem przeciskać się przez gęstsze wodorosty, ale tego dnia nawet to nie psuło mi humoru. Przy wyjściu z wody spotkałem dopingującą Olę, co natychmiast dodało mi energii.

Druga pętla i T1

Na drugiej pętli czułem już zmęczenie, ale nadal cieszyłem się pływaniem. Pod prąd tempo nie zachwycało, za to po nawrotce wracało cudowne uczucie niesienia przez rzekę. Całość ukończyłem w 51 minut, z 62. czasem pływania. Nie byłem demonem prędkości, ale po raz pierwszy naprawdę podobało mi się open water — i to dawało nadzieję na przyszłość.

Po wyjściu z wody pobiegłem do hali. Przed wejściem trzeba było zdjąć piankę i wrzucić ją do worka. Szybka zmiana zajęła mi 2:25 i ruszyłem na trasę rowerową.

Rower: cztery pętle i coraz więcej znaków zapytania

Trasa rowerowa składała się z czterech pętli. Organizator podawał 82 km, ale mój Garmin ostatecznie pokazał 77,8 km. Sam przebieg trasy mi odpowiadał: dwie nawrotki i dwa zakręty pod kątem 90 stopni na każdej pętli. Brakowało mi tylko zapowiadanych kilometrów.

HomeFitnessCode: hantle i bieżnia. 5% zniżki na hasło THESOR.

Na rowerze zwykle jadę na wyczucie: mocno, ale tak, żeby tempo dało się utrzymać do końca. Ponieważ od Gdyni praktycznie nie trenowałem na rowerze, trudno było ocenić moje możliwości. Chciałem utrzymać okolice 30 km/h. Pierwszy podjazd trochę skorygował ten plan, ale później złapałem rytm, pilnowałem jedzenia i starałem się kręcić równo.

Marek sięga po odżywianie podczas jazdy na rowerze
Odżywianie na trasie rowerowej Enea Bydgoszcz Triathlon.

Około 20. kilometra po raz pierwszy odezwało się kolano, przez które wcześniej pauzowałem. To nie był dobry znak, ale próbowałem o nim nie myśleć. Odcinek od 10. do 21. kilometra prowadził w dół i wyszedł ze średnią 42 km/h. Ból po pewnym czasie ustąpił, a później wracał tylko lekko.

Marek jedzie na rowerze czasowym po trasie Enea Bydgoszcz Triathlon
Samotne kilometry na trasie rowerowej w Bydgoszczy.

Dużą część trasy jechałem sam. Kilka osób wyprzedziłem, kilka minęło mnie — zwłaszcza zawodnicy z czołówki na kolejnych okrążeniach. Taki układ nawet mi odpowiadał, bo nie musiałem stale kontrolować odstępu od innych.

Na ostatniej pętli zobaczyłem Olę. Nadal czułem się dobrze, ale spojrzenie na Garmina wybiło mnie z rytmu: nie było szans, żeby trasa miała pełne 82 km. Zastanawiałem się, czy gdzieś czeka jeszcze dodatkowy odcinek, mimo że oznakowanie było czytelne. Przede mną jechała Pauli z profilu idacprzedsiebie. Przez długi czas planowałem ją dogonić, ale na rowerze się nie udało.

Marek biegnie z rowerem w kierunku strefy zmian T2
Dobieg z rowerem do T2 po zakończeniu czwartej pętli.

Bilans roweru i T2

Rower zaliczyłem do udanych. Tempo nieznacznie spadało z każdą pętlą, a podjazd coraz bardziej dawał się we znaki, ale średnia wyniosła około 34 km/h, co dało mi 42. czas tej części zawodów. Patrząc na moc, było lepiej niż w Gdyni.

W T2 szybko odstawiłem rower, napiłem się, zmieniłem buty, zdjąłem kask i zjadłem galaretkę. Całość trwała 3:08. Pauli wyprzedziłem już w strefie zmian. Pozostawało pytanie, jak długo utrzymam się przed nią na biegu.

Półmaraton: od mocnego początku do walki o każdy krok

Bieg również składał się z czterech pętli, z trzema punktami odżywiania. Trasa prowadziła głównie wzdłuż rzeki, przeważnie po szutrze. Nie każdy fragment był malowniczy, ale okolice rynku miały swój klimat. Było też kilka krótkich podbiegów, dobry doping i rewelacyjni wolontariusze.

Czy da się dobrze pobiec półmaraton po dwóch tygodniach bez biegania? Wtedy sądziłem, że tak. Planowałem zachowawcze tempo w okolicach 4:30 min/km. Pierwsze dwa kilometry były świetne: zjadłem żel, zadbałem o nawodnienie i biegłem po 4:24 min/km, wyprzedzając kolejne osoby.

Marek biegnie przez centrum Bydgoszczy podczas pierwszej części półmaratonu
Na początku biegu siły i koncentracji jeszcze nie brakowało.

Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już około 4. kilometra. Wysiłek odczuwałem podobnie, ale zegarek pokazywał coraz wolniejsze tempo: 4:45, później 5:00 min/km. Zaczynało mnie to martwić, jednak uznałem, że nie ma sensu analizować — trzeba biec.

Pomarańcze i chwilowy powrót morale

Na drugiej pętli wyglądałem już źle, choć sam jeszcze nie do końca to rozumiałem. Ola przez chwilę biegła obok i dopingowała mnie, żebym docisnął. Chciałem, ale nogi nie odpowiadały. Tempo spadło do 5:20–5:30 min/km, a zmęczenie zaczęło wygrywać.

Na punkcie odżywiania zobaczyłem pomarańcze. Miałem dość słodkiego, więc smakowały jak najlepsza rzecz na świecie. Głowa odżyła, nawet jeśli ciało nadal słabło. Kiedy Ola zaproponowała wyścig do następnego zakrętu, zdołałem tylko parsknąć śmiechem. Nogi były jak z betonu. Czwarta pętla miała zostać ze mną na długo.

Horror na ostatniej pętli

Zmęczony Marek biegnie na ostatniej pętli półmaratonu
Na ostatniej pętli każdy kolejny krok był walką.

Ból robił się nie do zniesienia, a nogi paliły żywym ogniem. Na niewielkich podbiegach przechodziłem do marszu, ale za wszelką cenę chciałem przesuwać się do przodu. Kolejni zawodnicy pytali, czy wszystko w porządku, i dodawali mi otuchy.

nikalab: białko waniliowe i Baza na co dzień. 15% zniżki na hasło THESOR.

Kilometry wpadały w 6:15, potem 6:48 min/km. Bieg przeplatał się z marszem. W głowie wracało pytanie: po co mi to było? Około 20. kilometra, zakończonego w 7:42, czworogłowe złapały mocne skurcze nad kolanami. Musiałem się zatrzymać i nie potrafiłem utrzymać równowagi. Mijający mnie mężczyzna z pary biegnącej z wózkiem zaproponował pomoc i rozciąganie. Po chwili stania skurcze trochę odpuściły. Ola czekała na mecie — trzeba było ruszyć.

Złość zamieniona w siłę

Wtedy odkryłem moc negatywnej energii. Podziękowałem za pomoc, ruszyłem i skupiłem się na tym, co zostało. Kiedy skurcze wróciły, krzyknąłem z całych sił. Była złość, ból i kilka mocnych słów pod nosem, ale zamiast z nimi walczyć, spróbowałem przekuć je w ruch.

Zadziałało. Po kilku krzykach i grymasach ból stał się znośniejszy, a ja zacząłem przyspieszać. Ostatni kilometr pobiegłem w tempie około 5:00 min/km. Ola była zaskoczona, gdy mnie zobaczyła. Tym razem na twarzy nie miałem tylko grymasu bólu — byłem po prostu wściekły i ta złość niosła mnie do mety.

Meta i emocje po finiszu

Na finiszu uniosłem ręce w geście zwycięstwa nad sobą i krzyknąłem jeszcze raz, aż konferansjer odwrócił się w moją stronę. Odebrałem medal, zrobiłem kilka kroków, złapałem się słupka i po prostu się rozpłakałem.

Marek krzyczy i unosi ręce po przekroczeniu mety
Finisz po najtrudniejszym półmaratonie w moim życiu.

Strefa mety była świetnie zlokalizowana i dobrze zorganizowana. Konferansjer robił klimat, przed linią czekała charakterystyczna szarfa, a strefa finiszera nie ustępowała tej, którą pamiętałem z maratonu w Berlinie — pod pewnymi względami była nawet lepsza.

Enea Bydgoszcz Triathlon 2021 — wynik i wnioski

Bieg ukończyłem w 2:05:08, z 46. czasem tej części zawodów. Był to mój najwolniejszy i jeden z najbardziej bolesnych półmaratonów. Trudno było oczekiwać czegoś innego po przerwie w treningach. Mimo to byłem zadowolony, bo zobaczyłem, że nawet złość można wykorzystać konstruktywnie. Pauli, którą minąłem w T2, wyprzedziła mnie, gdy walczyłem ze skurczami.

Całe zawody ukończyłem w 5:27:53, zajmując 43. miejsce open i 11. w kategorii M35. Organizacja, atmosfera i otoczka imprezy zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Chciałem tu wrócić. Jedynym wyraźnym minusem pozostał krótszy niż zapowiadano dystans rowerowy.

Podziękowania

Dziękuję Oli — Sztanga.is.a.girl — za obecność i doping, organizatorom Enea Bydgoszcz Triathlon za świetną imprezę, wolontariuszom za energię na trasie oraz znajomym z Instagrama, których spotkałem lub miałem spotkać. Dziękuję też wszystkim, którzy wspierali mnie w przygotowaniach, w tym Adventure Sports, oraz Maratonmania.pl za zdjęcia.

Marek i Ola z medalami po Enea Bydgoszcz Triathlon
Po wszystkim — zmęczeni, szczęśliwi i z medalami.

NEWSLETTER THESORWBIEGU

Triathlon to coś więcej niż trzy dyscypliny.

Śledź Drogę do Ironmana 2027 — trening, sprzęt, starty, błędy i kulisy przygotowań.

Zapisując się, zgadzasz się na otrzymywanie newslettera TheSorWBiegu. Z subskrypcji możesz zrezygnować w każdej chwili. Polityka prywatności.

2 komentarze

Zostaw odpowiedź