Maraton, którego miało nie być. Pot, krew, łzy i 3:07 w Warszawie

Maraton, którego miało nie być: obtarta pięta, zgubione żele i 3:07 na mecie. Moja relacja, analiza FIT i lekcje na drodze do Ironmana 2027.

Dwa lata temu Maraton Warszawski tak dał mi w kość, że obiecałem sobie: nigdy więcej. A przynajmniej nigdy więcej bez przygotowania na sto procent.

Zasady były proste. Biegnę jako pacer dla żony albo po życiówkę. W każdym innym przypadku — nie biegnę.

Pobiegłem.

I dostałem wszystko, co potrafi dać prawdziwy maraton: pot, krew i łzy. Było marzenie o trzech godzinach, obtarta pięta, zgubione żele i coraz trudniejsze rozmowy z samym sobą. Ale na końcu był też uśmiech. I 3:07 na mecie.

Jak do tego doszło? Zacznijmy od początku.

Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli z nich skorzystasz, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowego kosztu dla Ciebie. RACE READY jest moim własnym produktem.

Moja filmowa relacja z Maratonu Warszawskiego.

Warszawa znowu zaczęła chodzić mi po głowie

Kończyłem przygotowania do IRONMAN 70.3 Poznań, kiedy pojawiła się myśl o Maratonie Warszawskim. Mam do tego biegu sentyment. Tutaj debiutowałem w 2013 roku. Tutaj w 2024 wróciłem na maratońską trasę po operacji kolana.

Skoro w 2027 roku czeka mnie pełny Ironman, może warto sobie przypomnieć, czym właściwie jest maraton?

Zapisałem się.

Tyle że za zapisem nie poszedł osobny trening maratoński. Nie było wielu długich wybiegań. Nie było nawet szczególnie dużo biegania: w lipcu około 100 kilometrów, w sierpniu 180, we wrześniu niecałe 130. Było za to sporo pływania i trochę roweru.

Ciekawiło mnie, co wyjdzie z tej mieszanki. Kondycja z przygotowań triathlonowych była, ale jak przełoży się na ponad trzy godziny biegu? Chciałem sprawdzić to na własnych nogach.

Grupa uczestników Maratonu Warszawskiego z Markiem Soremskim biegnie szeroką ulicą
Maraton Warszawski: wspólna trasa, tysiące indywidualnych historii.

Hotel blisko startu. Czyli oczywiście wyszedłem za późno

Do Warszawy przyjechaliśmy dzień wcześniej. W sobotę swoje biegi miały córki, a Ola wystartowała w Warszawskiej Dysze. Sportowy weekend dla całej rodziny.

Hotel mieliśmy bardzo blisko startu. Wiecie, jak to jest, kiedy wszędzie macie blisko? Ja zwykle wychodzę wtedy na ostatnią chwilę.

Tym razem tradycji stało się zadość.

Rano spokojne śniadanie, pakowanie, wyjście z hotelu. O 8:30 ruszyłem w stronę startu, chociaż o tej porze powinienem już być na miejscu, rozgrzewać się i układać sobie bieg w głowie. Zamiast tego szukałem depozytu.

O 8:45 dotarłem w okolice startu. Jeszcze spotkanie z rodzicami i dopiero myśl: dobra, teraz rozgrzewka.

Tylko że na rozgrzewkę nie było już czasu. Zostało wejść do strefy, żeby nie spóźnić się również na sam bieg.

Trzy godziny siedziały z tyłu głowy

Garmin prognozował mi 3:16. Stryd był bardziej optymistyczny: 3:04, z marginesem około trzech minut. A ja gdzieś z tyłu głowy miałem jeszcze odważniejszą myśl: może jednak złamać trzy godziny?

Prognozy prognozami, ale żadna z nich nie dokładała mi brakujących długich wybiegań.

Przed tym startem miałem też coś, co sam niedawno stworzyłem: RACE READY — mój planer startowy. Rozpisałem w nim między innymi warianty celu i odpowiedzi na sytuacje, w których coś idzie nie tak. Wtedy były to scenariusze na papierze. Za chwilę miałem sprawdzić kilka z nich w praktyce.

Rozważania przerwał „Sen o Warszawie”. Koniec liczenia. Trzeba było zabierać się do roboty.

RACE READY — planer startowy biegacza. Zobacz produkt TheSorWBiegu.
RACE READY — mój planer startowy: cele, scenariusze awaryjne i analiza po biegu.

Pierwsze kilometry i pierwsze lampki ostrzegawcze

Na starcie tłok, mnóstwo ludzi. Pierwszy kilometr w 4:17. Potem 4:10, 4:14, 4:11. Rozpędzałem się, a wraz z tempem rosło tętno. Wkrótce widziałem już wartości powyżej 160 uderzeń na minutę.

Zapalały mi się lampki ostrzegawcze. Czułem, że na ten dzień i te przygotowania ruszyłem za szybko. Do tego od samego początku coś skrobało mnie z tyłu pięty, w okolicy Achillesa. Konkretne skarpety i konkretne buty — osobno świetne, razem najwyraźniej fatalne połączenie.

Piąty kilometr: 4:25. Pierwsze sprowadzenie na ziemię.

Brak rozgrzewki, brak przygotowań typowo maratońskich, słońce od rana. Przeszło mi przez głowę, że lepiej dowieźć dobry wynik, niż nie dowieźć go w ogóle.

Ale jeszcze nie chciałem odpuszczać. Wracały kilometry w okolicach 4:15–4:17.

W okolicy dziesiątego kilometra otarcie bolało już na tyle mocno, że musiałem się zatrzymać. Poprawiłem skarpetę, naciągnąłem ją i ruszyłem dalej. Trochę pomogło, ale krwi było już sporo.

To był dopiero początek maratonu.

HomeFitnessCode: hantle i bieżnia. 5% zniżki na hasło THESOR.

Żele rozpisane. Woda na każdym punkcie

Żywienie miało być uporządkowane: żele na 5., 10., 15., 21., 32. i 37. kilometrze, a pomiędzy nimi tabletki z elektrolitami. Na 32. kilometr zostawiłem espresso doppio — na moment, w którym spodziewałem się najtrudniejszej walki.

Na punktach brałem wodę. Do picia i na siebie, żeby się schłodzić.

Przez kolejne kilometry znowu biegło się dobrze. Wracały okolice 4:14 i przez chwilę mogłem uwierzyć, że mimo kiepskiego początku wszystko jeszcze się poukłada.

Ludzie, dla których warto tu wracać

Maraton Warszawski lubię również za akcję Biegam Dobrze. W 2024 roku biegłem dla Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”. Tak chciałem podziękować za to, że po operacji kolana znowu mogę biegać.

Na trasie było mnóstwo dopingu. Kiedy widziałem kibicujące dzieci — również te zmagające się z chorobą, a mimo tego uśmiechnięte i pełne energii — emocje same podchodziły do gardła. Radość? Wdzięczność? Pewnie jedno i drugie. Łzy cisnęły mi się do oczu.

W takich momentach wynik na zegarku na chwilę schodził na drugi plan. Zostawało to, że jestem tutaj i mogę biec.

Dziękuję wszystkim kibicom. Naprawdę nieśliście nas na skrzydłach.

I dziękuję wolontariuszom. Za wodę podawaną z uśmiechem, za dobre słowo i energię, którą dzieliliście się przez tyle godzin. To również Wasz dzień. W naszych finiszach jest kawał Waszej pracy.

Garmin mówił zero. Ja jeszcze próbowałem

Tętno chwilami zbliżało się do 170. Po około godzinie i dwudziestu minutach zobaczyłem też na Garminie staminę równą zero.

Niezłe wsparcie, kiedy do mety zostało jeszcze tyle biegu.

Tak zapamiętałem ten komunikat z trasy. Nie traktuję go jednak jako pomiaru tego, ile naprawdę zostało mi sił — w końcu nadal biegłem.

Od okolic 17. kilometra tempo zrobiło się bliższe 4:20 niż 4:13. Tak dotarłem do połowy, po której postanowiłem jeszcze raz podnieść rękawicę. Może trzy godziny nie są jeszcze całkiem stracone?

Wpadło kolejno 4:11, 4:08, 4:12. Ten zryw widać również w zapisie Garmina: trzy kolejne pełne okrążenia kilometrowe po 21. kilometrze miały właśnie takie czasy.

A potem, w okolicy 25. kilometra, sięgnąłem po żele.

Dwa zniknęły. Został mi ostatni.

Ostatni żel i coraz głośniejsze kroki za plecami

Nie panikowałem. Wydawało mi się, że na trasie powinny być żele, więc postanowiłem swój jeszcze zachować.

Mijałem kolejne punkty. Żeli nie widziałem.

Od około 27. kilometra coraz mocniej odczuwałem gorąco, a siły uciekały. Marzenie o dwójce z przodu zaczynało znikać na dobre.

W okolicy trzydziestego kilometra usłyszałem za sobą narastające tupanie. Zbliżała się grupa z pacemakerem na 3:05. Spróbowałem się zabrać, ale nie utrzymałem się z nimi długo.

Najpierw tempo 4:20–4:30. Potem i ono stawało się wyzwaniem.

Na 32. kilometrze przestałem czekać. Zjadłem ostatni żel.

Nie potrafię dziś policzyć, ile dokładnie kosztowały mnie zgubione żele, otarcie czy pogoda. Wszystko to działo się w jednym biegu. Wiedziałem natomiast, że muszę przestawić głowę z gonienia marzenia na pracę z tym, co jeszcze mam.

Kiedy plan A się sypie, nadal jest po co biec

Wtedy wróciły scenariusze zapisane w RACE READY. Co zrobię, jeśli zgubię żel? Co zrobię, jeśli plan A przestanie być realny?

Najwyraźniej jeden z punktów wywróżyłem sobie wyjątkowo dokładnie.

Plan A — marzenie o 3:00 — rozsypał się w mojej głowie w okolicy 25. kilometra. Później nie udało się utrzymać grupy na 3:05, a około 35. kilometra zostało już skupienie na planie C: zejść poniżej 3:10.

Dziś myślę, że przy moim przygotowaniu to właśnie ten cel powinien od początku być planem A.

Na trasie nie było już sensu się z tym kłócić. Kilometry mijały, ja robiłem swoje. Na punktach z wodą wypatrywałem żeli, a przy kibicach szukałem kolejnej porcji motywacji.

nikalab: białko waniliowe i Baza na co dzień. 15% zniżki na hasło THESOR.

Rodzina przy mecie

Na ostatnim kilometrze wypatrywałem już bliskich.

To jest dla mnie ogromnie ważne: wiedzieć, że gdzieś tam czekają. Gdy plan się sypie, łatwo stracić powód do dalszej walki. Myśl o rodzinie pomaga mi ten powód odnaleźć.

Plan C był już bezpieczny. Kiedy przy samej mecie zobaczyłem rodzinę, pobiegłem w ich stronę z uśmiechem, machając. Chciałem ich przytulić, ale stali w trzecim rzędzie. Skończyło się na krótkiej wymianie uśmiechów i ruszyłem do mety.

Z radością na twarzy.

3:07. Tak skończył się maraton, którego miało nie być.

Co pokazał zapis Garmina?

Po biegu wróciłem do pliku FIT. Zegarek zarejestrował około 3:07:47 i 42,94 km. To czas i dystans aktywności z urządzenia, nie oficjalny wynik zawodów ani pomiar trasy. Dlatego średnie tempo z FIT — około 4:22/km — dotyczy dystansu zapisanego przez Garmina.

Najbardziej interesował mnie jednak przebieg biegu. Poniżej średnie z kolejnych grup pełnych, kilometrowych okrążeń zegarka. Ich granice nie muszą pokrywać się z oznaczeniami kilometrów na trasie.

Kilometry według zegarkaŚrednie tempoŚrednie tętno*
1–54:15/km156
6–104:19/km164
11–154:16/km162
16–204:19/km163
21–254:14/km165
26–304:23/km162
31–354:25/km163
36–404:36/km163
41–424:42/km164

Tętno w uderzeniach na minutę, średnia ważona czasem okrążeń; wartości zaokrąglone. Końcowe niepełne okrążenie nie jest ujęte w tabeli.

Widać próbę przyspieszenia po połowie i późniejsze, stopniowe oddawanie sekund. Końcówka była wyraźnie wolniejsza, choć średnie tętno nie rosło już razem z trudnością biegu. Dla całej aktywności wynosiło około 163, a maksymalnie urządzenie zapisało 171.

To dobrze uzupełnia moje wspomnienia: najtrudniejsze kilometry nie muszą być tymi z najwyższym tętnem. Sam zapis nie rozstrzyga jednak, jaka część spowolnienia wynikała z przygotowania, otarcia, żywienia czy warunków. Pokazuje, co działo się z tempem. Przyczyny mogę analizować dopiero razem z tym, co pamiętam z trasy.

Nie jestem zawiedziony. Mam za to pracę do wykonania

Czy jestem rozczarowany? Nie.

Dałem z siebie naprawdę dużo. Z obtartą piętą, problemami z żelami i pogodą, która mocno dawała mi się we znaki, dobiegłem z czasem, z którego jestem zadowolony.

Po starcie wróciłem do RACE READY już z konkretnymi odpowiedziami. Co zadziałało? Gdzie plan rozminął się z rzeczywistością? Co zmienię przed kolejnym biegiem?

Pierwsza rzecz: te skarpety nie jadą na kolejny maraton w tych butach. Jedno i drugie osobno może być świetne. Dla mnie liczy się jednak to, jak działa cały zestaw po wielu kilometrach.

Druga: lepiej zabezpieczyć żele i mieć przynajmniej jeden w zapasie. Dostępność żywienia na trasie muszę sprawdzić przed biegiem, zamiast opierać się na „wydawało mi się”.

Trzecia: dobierać tempo do przygotowania, z którym rzeczywiście staję na starcie. Prognoza urządzenia i marzenie o wyniku to punkty odniesienia. Nie zastępują wykonanej pracy.

I wreszcie długie bieganie. Ten start nie dowodzi, że można biegać szybko bez większej ilości treningu biegowego. Pokazał mi raczej, że kondycja z trzech dyscyplin pozwoliła powalczyć o dobry wynik, ale utrzymanie tempa do końca maratonu wymaga ode mnie bardziej konkretnego przygotowania. Długie wybiegania muszą mieć w nim swoje miejsce.

Bo w 2027 roku maraton będzie czekał na mnie po 3,8 kilometra pływania i 180 kilometrach roweru. Moją drogę do pełnego Ironmana opisuję tutaj — razem z treningami, startami i lekcjami takimi jak ta z Warszawy.

Ten bieg miał tylko przypomnieć mi, czym jest maraton. Przypomniał bardzo skutecznie.

Do zobaczenia na trasie!

NEWSLETTER THESORWBIEGU

Biegasz, startujesz, planujesz kolejne zawody?

Dołącz do TheSorWBiegu. Praktyczne materiały o bieganiu, przygotowaniu do startów, sprzęcie i regeneracji — prosto na mail.

Zapisując się, zgadzasz się na otrzymywanie newslettera TheSorWBiegu. Z subskrypcji możesz zrezygnować w każdej chwili. Polityka prywatności.

Zostaw odpowiedź