3 dni do 1/2 Ironmana… i wszystko się sypie | Droga do Ironman 2027 #2

Trzy dni przed pierwszym triathlonem od pięciu lat nie mam pewności, czy rower będzie sprawny. Do tego łydka, open water i cel złamania pięciu godzin.

Trzy dni do Enea Bydgoszcz Triathlon. Trzy dni do mojego pierwszego triathlonu od pięciu lat — i zamiast spokojnego odliczania mam rower, co do którego nie wiem nawet, czy będzie sprawny. Im bliżej startu, tym więcej rzeczy zaczyna się sypać: sprzęt, plan treningowy, łydka i pewność siebie przed pływaniem. A mimo wszystko w sobotę pakuję samochód i jadę do Bydgoszczy.

Ten wpis zachowuje perspektywę z lipca 2026 roku — ostatnich dni przed startem — jako drugi odcinek projektu Droga do Ironman 2027.

W pierwszym odcinku Drogi do Ironman 2027 postawiłem sprawę jasno: pełny dystans we Włoszech w 2027 roku i ambitna próba zejścia poniżej dziesięciu godzin. Zanim jednak zacznę myśleć o pełnym Ironmanie, potrzebuję prawdziwego sprawdzianu. Połówka w Bydgoszczy ma mi pokazać, gdzie jestem po pięciu latach bez triathlonowego startu.

Plansza Enea Bydgoszcz Triathlon z datą 11–12 lipca 2026
Bydgoszcz była pierwszym triathlonowym sprawdzianem od pięciu lat i kolejnym krokiem w Drodze do Ironman 2027.

Nowy Felt miał być początkiem spokojnego treningu

W maju kupiłem nowy rower. Felt miał być sprzętem, na którym zrealizuję marzenie o Ironmanie. Przełożyłem do niego karbonowe koła z szosy — ładniejsze i po prostu lepsze — i właśnie wtedy zaczęły się schody. Hamulce szczękowe były inne niż te, które znałem, a ja nie potrafiłem ich odpowiednio rozszerzyć.

Chciałem jechać od razu, więc zrobiłem coś, czego nikomu nie polecam: spiłowałem klocki hamulcowe. Nierówno. Była to prowizorka „tylko na chwilę” i przez chwilę rzeczywiście działała. Pierwszy trening odbyłem 30 maja: 30 kilometrów, do tego w deszczu. Sam rower był lekki i szybki, ale moja pozycja daleka od ideału.

Dwa nierówno spiłowane klocki hamulcowe leżące na stole
Prowizorka zadziałała, ale tylko na chwilę — i zdecydowanie nie jest rozwiązaniem, które polecam.

Widoczność do przodu była słaba. Żeby patrzeć na drogę, musiałem mocno odginać kark, po treningu bolały mnie szyja i lędźwie, a stopa drętwiała. Ten ostatni problem znałem już z roweru szosowego, więc stało się jasne, że sama zmiana sprzętu go nie rozwiąże.

Bike fitting dał nadzieję. Potem znów coś strzeliło

15 czerwca pojechałem do Krzysztofa w BMC Lab w Mikołowie na bike fitting. To był strzał w dziesiątkę. Po badaniu i ustawieniu pozycji praktycznie wszystko zaczęło pasować. Pomyślałem, że wreszcie skończyły się poprawki i zacznie się normalne trenowanie.

Bike fitter bada nogę Marka Soremskiego leżącego na stole w BMC Lab
Bike fitting miał rozwiązać ból karku, lędźwi i drętwienie stopy podczas jazdy.
Kierownica czasowa i lemondka roweru Felt po bike fittingu
Po ustawieniu pozycji kokpit wreszcie zaczął pasować — przynajmniej do następnej awarii.

Tyle że najpierw zabrakło odpowiednich śrub do porządnego dokręcenia lemondki. Kiedy je kupiłem, strzeliła linka przedniej przerzutki. Rower trafił do serwisu i przeleżał tam półtora tygodnia — dokładnie w momencie, w którym każdy trening na rowerze czasowym miał ogromne znaczenie.

Przesiadłem się na gravela. Lepszy taki trening niż żaden, ale gravel nie przygotuje ciała do 90 kilometrów w pozycji czasowej tak jak właściwy rower. Ostatni raz przed fittingiem jechałem 13 czerwca, a następny trening na Felcie zrobiłem dopiero 29 czerwca.

Pęknięty element lemondki przy kierownicy roweru czasowego Felt
Kiedy zbliża się start, każda kolejna usterka roweru waży podwójnie.

Po odbiorze z serwisu zaliczyłem pięć treningów i kilka krótkich zakładek. Pewność zaczęła wracać. I wtedy, podczas ostatniego testu, strzeliła dokładnie ta sama linka. Kiedy nagrywałem materiał trzy dni przed zawodami, roweru znów nie miałem. Miał wrócić w piątek, dzień przed wyjazdem.

Zbliżenie na linkę przedniej przerzutki i hamulec roweru Felt
Ta sama linka odmówiła współpracy ponownie podczas ostatniego treningu testowego.

Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli skorzystasz z bannera partnera, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowego kosztu dla Ciebie.

HomeFitnessCode: hantle i bieżnia. 5% zniżki na hasło THESOR.

Bieganie daje spokój, ale nie pełne poczucie bezpieczeństwa

Na tle problemów z rowerem bieganie wygląda nieźle. Naciągnąłem łydkę i czasem czuję tył nogi, więc na chwilę musiałem odpuścić. Nie chcę z tego robić diagnozy ani udawać, że trzy dni przed startem można jeszcze coś wytrenować. Mogę tylko nie pogorszyć sytuacji i dać nodze spokój.

Bieg jest moją najmocniejszą dyscypliną. Liczę, że jeśli wyjdę z wody i przejadę rower bez przygód, na ostatnim etapie będę w stanie coś jeszcze urwać. Jednocześnie pamiętam, że pięć lat temu w Bydgoszczy wszystko ułożyło się zupełnie inaczej, niż zakładałem.

Marek Soremski siedzi na kamienistej drodze i sprawdza bolącą łydkę
Bieganie pozostawało najmocniejszą dyscypliną, choć łydka przypomniała, że niczego nie można brać za pewnik.

Największy przeciwnik czeka w wodzie

Największą niewiadomą jest pływanie. Z wodą od zawsze było mi pod górkę, a open water potrafi zabrać mi spokój znacznie szybciej niż basen. W Katowicach zdarzył mi się start, podczas którego chciałem się poddać. Dałem radę, ale wspomnienie zostało.

Tydzień przed Bydgoszczą pierwszy raz od pięciu lat założyłem piankę i pojechałem na otwartą wodę. Trafiłem w największe upały i wybrałem Trzy Stawy w Katowicach: bardzo ciepłą, miejscami płytką wodę. Po kilometrze miałem serdecznie dość. Wcześniej też chciałem wyjść, ale wiedziałem, że jeśli zrobię to teraz, do Bydgoszczy pojadę z jeszcze większym ciężarem w głowie.

Marek Soremski w piance wchodzi do stawu z bojką asekuracyjną
Pierwszy trening w otwartej wodzie od pięciu lat: gorąco, płytko i dużo walki z własną głową.

Zostałem i dokończyłem trening. Nie nazwę go udanym, ale tamtego dnia bardziej niż z dystansem wygrałem z własną głową. Na kolejnym treningu było odrobinę lepiej. Tempo nadal odbiegało od basenowego, za to napięcie zaczęło schodzić. Na tym etapie właśnie to było najważniejsze.

nikalab: białko waniliowe i Baza na co dzień. 15% zniżki na hasło THESOR.

Cel: złamać pięć godzin, choć dziś nic nie jest pewne

Mój poprzedni triathlon, również w Bydgoszczy, ukończyłem pięć lat wcześniej w czasie około 5 godzin i 26 minut. Teraz marzy mi się zejście poniżej pięciu godzin. Czy to realne? Szczerze: nie wiem. Pływanie jest wielką niewiadomą, rower musi najpierw wrócić z serwisu i działać, a na końcu nogi muszą chcieć współpracować.

Nie jadę do Bydgoszczy po gwarancję dobrego wyniku. Jadę sprawdzić, ile naprawdę warte były miesiące przygotowań.

Tak wygląda moje odliczanie: dalekie od ideału, pełne problemów i znaków zapytania. Ale właśnie na tym polega sport. Nigdy nie masz gwarancji, że plan przetrwa do linii startu. Możesz tylko pracować z tym, co masz, i podjąć decyzję, czy mimo wszystko stajesz na starcie.

RACE READY — planer startowy biegacza. Zobacz produkt TheSorWBiegu.

Za kilka dni wszystko się wyjaśni

W niedzielę dam z siebie wszystko. Najpierw muszę poradzić sobie z wodą. Potem zaufać rowerowi. A jeśli nogi będą chciały współpracować, spróbuję pobiec tak, jak potrafię. Chciałbym po wszystkim powiedzieć jedno: że było warto.

To drugi odcinek serii Droga do Ironman 2027. Jeśli chcesz iść ze mną dalej — przez treningi, awarie, starty i wnioski — zostań na kolejny rozdział.

NEWSLETTER THESORWBIEGU

Triathlon to coś więcej niż trzy dyscypliny.

Śledź Drogę do Ironmana 2027 — trening, sprzęt, starty, błędy i kulisy przygotowań.

Zapisując się, zgadzasz się na otrzymywanie newslettera TheSorWBiegu. Z subskrypcji możesz zrezygnować w każdej chwili. Polityka prywatności.

Jeden komentarz

Zostaw odpowiedź