Dwie minuty do startu, wokół mnie prawie 700 zawodników, a moje okularki właśnie leżą pod nogami z urwanym mocowaniem paska. Po dwóch zerwanych linkach przerzutki, pękniętej dętce i drobnych urazach pomyślałem tylko: czy ja w ogóle wystartuję?
Do Bydgoszczy wróciłem po pięciu latach z bardzo konkretnym celem. W poprzednim starcie właśnie tutaj bieg rozsypał mi się aż do tempa około 7:40 min/km. Teraz chciałem pobiec zupełnie inaczej i sprawdzić, czy miesiące pracy wystarczą, żeby złamać pięć godzin.
To trzeci rozdział projektu Droga do Ironman 2027. W poprzednim odcinku opisywałem awarie roweru, problem z łydką i powrót na open water tuż przed Bydgoszczą. Na starcie nie wiedziałem jeszcze, że lista niespodzianek nie jest zamknięta.
Dzień wcześniej: zrobić wszystko, żeby rano niczego nie zepsuć
Do Bydgoszczy przyjechaliśmy dzień wcześniej: ja, Ola i dziewczyny, a później mieli dołączyć moi rodzice. Mieszkaliśmy niecałe dwa kilometry od strefy zmian i około 400 metrów od startu pływania. Był czas na wspólny obiad, spacer nad Brdą i obejrzenie miejsca startu bez presji.

Odbiór pakietu poszedł sprawnie. Okleiłem kask i rower, a potem zostawiłem w hali buty, kask, żele i bidony dokładnie tam, gdzie miały czekać rano. Lubię ten model przygotowań: im mniej decyzji w dniu zawodów, tym mniej okazji, żeby coś przeoczyć. Paradoksalnie właśnie żele zostały przy rowerze, więc przed startem jedyną szybką energią, jaką znalazłem, był miód.


Dwie minuty do startu i okularki, które miały już dość
Rano było chłodno i świeżo. Zrobiłem rozgrzewkę na lądzie i kilka minut w wodzie, bo pływanie wciąż jest dyscypliną, przed którą czuję największy respekt. Pierwsze zanurzenie głowy było nieprzyjemne, ale po kilku długościach poczułem spokój.

Wtedy, dwie minuty przed startem, puścił plastik w moich kilkuletnich okularkach TheMagic5. Nie dało się go zaczepić ani zawiązać. Pobiegłem do organizatorów, a Kuba Kubicki powiedział: „Spokojnie, pomogę ci”. Po chwili wrócił z nową parą. Bez tej reakcji mój start mógł skończyć się, zanim naprawdę się zaczął.
Po założeniu nowych okularków pomyślałem: wszystko, co złe, już się wydarzyło. Teraz mogę się ścigać.
Pływanie: tym razem nie przegrałem z własną głową
Start odbywał się parami co osiem sekund. Pierwsza minuta w wodzie była lekka, potem wrócił ciężki oddech i dobrze znany niepokój. Ktoś dotykał mnie po nogach, więc na kilka ruchów przeszedłem do żabki. Różnica polegała na tym, że tym razem nie pozwoliłem temu momentowi przejąć całego wyścigu.
Powiedziałem sobie, że regularne treningi na basenie nie były po to, żeby teraz odpuścić. Złapałem rytm, trzymałem się środka rzeki i płynąłem dalej. Oficjalny czas 31:32, czyli 1:40/100 m, był znacznie lepszy od planowanych okolic 40 minut. Nurt pomógł, ale największym zwycięstwem było odzyskanie kontroli nad głową.
Garmin zgubił się w drodze do T1 — i właśnie dlatego liczy się oficjalny wynik
Po wyjściu z wody testowany Garmin Enduro 3 prawidłowo rozpoznał początek pierwszej zmiany, ale później uznał bieg do hali za ponowne pływanie. W zapisie FIT pojawiło się przez to 2064 m i 35:22 pływania, a T1 skurczyło się do 42 sekund. Oficjalny pomiar mówi co innego: 31:32 w wodzie i 4:14 w T1.
To dobra lekcja pracy z danymi. FIT świetnie pokazuje przebieg wysiłku, średnie tętno, moc i kadencję, ale nie może zastępować oficjalnych międzyczasów, gdy automat źle rozpozna zmianę dyscypliny.
Rower: pierwszy triathlon, w którym naprawdę kontrolowałem wyścig
Trasa rowerowa miała pięć pętli po 18 km. Była szybka, z kilkoma podjazdami i technicznymi nawrotami. Plan zakładał spokojne 170–180 W, bez szarpania i bez prób odrabiania wszystkiego naraz. Właśnie tego się trzymałem.

Dane FIT są tu wyjątkowo czytelne: na odcinku rowerowym urządzenie zapisało średnio 172 W, 139 uderzeń serca na minutę, 78 rpm i 32,11 km/h. Oficjalny czas roweru wyniósł 2:49:26, ze średnią 31,9 km/h. Średnia moc trafiła dokładnie w zakładany zakres, choć raport nie wylicza wiarygodnej mocy znormalizowanej z powodu ograniczeń pokrycia i regularności próbek.

Praktycznie od początku jadłem regularnie: najpierw baton, później żel na każdej pętli, do tego elektrolity. Rower po wcześniejszych awariach wreszcie działał bez problemów. Dla spokoju zostałem na dużej tarczy i nie prowokowałem przedniej przerzutki. Jeden nawrót wziąłem zbyt szybko i uratowałem sytuację wypięciem nogi, co wystarczyło jako przypomnienie, że nie warto wygrywać zakrętu kosztem całego startu.

Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli skorzystasz z bannera partnera, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowego kosztu dla Ciebie.

Bieg: rewanż po pięciu latach
Po oficjalnych 4:02 w T2 wybiegłem spokojny i wciąż czułem, że organizm współpracuje. Nie chciałem ścigać się z innymi ani szarpać tempa. Plan był prosty: złapać mocne, ale komfortowe tempo i utrzymać je do końca.

Tym razem kryzys z 2021 roku nie wrócił. Z kilometra na kilometr wyprzedzałem kolejnych zawodników. Ola dołączyła na chwilę na trzeciej pętli i rzuciła, że wyglądam, jakbym przyjechał na urlop. Na czwartej pętli wsparcie rodziny znów zrobiło swoje. Temperatura rosła, więc na punktach brałem wodę do picia i na głowę, żele, elektrolity oraz obowiązkowy prysznic.

Oficjalny półmaraton zamknąłem w 1:38:21, ze średnim tempem 4:28 min/km i 42. czasem biegu. FIT zarejestrował 1:38:42, średnie tętno 162 bpm i zawyżony dystans 22,31 km. Właśnie dlatego tempo i dystans etapu biorę z oficjalnej karty wyniku, a tętno traktuję jako obserwację z zegarka.


Wynik: nie złamałem pięciu godzin — i nie czułem rozczarowania
| Etap | Czas | Tempo / prędkość |
|---|---|---|
| Pływanie | 31:32 | 1:40/100 m |
| T1 | 4:14 | — |
| Rower | 2:49:26 | 31,9 km/h |
| T2 | 4:02 | — |
| Bieg | 1:38:21 | 4:28/km |
| Razem | 5:07:35 | 146. miejsce open |
W kategorii M40 zająłem 29. miejsce, a wśród mężczyzn 139. Nie złamałem pięciu godzin — zabrakło 7 minut i 35 sekund. Mimo to po przekroczeniu mety nie miałem poczucia porażki. Tego dnia plan zadziałał, nie rozsypałem biegu i potrafiłem wykorzystać przygotowanie.

Co naprawdę pokazuje plik FIT
Cała aktywność w FIT trwa 5:07:42 i obejmuje 18 123 prawidłowe rekordy próbkowane zwykle co sekundę. Różnica siedmiu sekund względem oficjalnego wyniku jest mała, ale granice etapów zostały zaburzone przez automatyczne wykrywanie dyscyplin. Z tego powodu nie porównuję wprost czasu pływania i T1 z zegarka z kartą zawodów.
Najmocniejsza obserwacja dotyczy roweru: 172 W średniej przy planie 170–180 W potwierdza, że jechałem zgodnie z założeniem. Na biegu średnie tętno 162 bpm pokazuje wyraźnie wyższą intensywność niż 139 bpm na rowerze, ale wszystko było kontrolowane.
Największy zapas widzę dziś na rowerze
Pływanie nadal wymaga pracy, ale w Bydgoszczy największą zmianą nie był czas, tylko sposób, w jaki poradziłem sobie z pierwszym kryzysem. Bieg jest moją najmocniejszą dyscypliną i tym razem potwierdził, że po kontrolowanym rowerze potrafię pobiec równo. Największy rezerwuar minut widzę więc na rowerze: więcej czasu w pozycji czasowej, mocniejsze i bardziej regularne pedałowanie, a także sprawniejsze zmiany.
Bydgoszcz nie dała mi wymarzonej czwórki z przodu. Dała coś ważniejszego: dowód, że po pięciu latach wróciłem jako spokojniejszy i bardziej świadomy zawodnik. Kolejny sprawdzian to IRONMAN 70.3 Poznań, a dalej pozostaje pełny dystans w 2027 roku.

Pięć lat temu Bydgoszcz pokazała mi moje słabości. W 2026 roku pokazała, jak długą drogę już przeszedłem — i gdzie czekają następne minuty.
[…] Enea Bydgoszcz Triathlon ukończonym w 5:07:35 byłem naprawdę zadowolony. To był powrót do triathlonu po pięciu latach i dowód, że znów […]