Pięć godzin. Tyle chciałbym zobaczyć na zegarku po przekroczeniu mety IRONMAN 70.3 Poznań. W Bydgoszczy zabrakło mi siedmiu minut, ale od tamtego startu wydarzyło się sporo: dwa urlopy, regularny trening, więcej odwagi w open water, nowa pianka i dwie przebite dętki podczas jednej jazdy. Zostało kilka dni. Czy zrobiłem wystarczająco dużo, żeby naprawdę powalczyć o SUB 5H?
Ten wpis zachowuje perspektywę z ostatnich dni przed IRONMAN 70.3 Poznań 2026. To kolejny rozdział projektu Droga do Ironman 2027.
Po Enea Bydgoszcz Triathlon ukończonym w 5:07:35 byłem naprawdę zadowolony. To był powrót do triathlonu po pięciu latach i dowód, że znów potrafię kontrolować wyścig. Jednocześnie dokładnie wiedziałem, co chcę poprawić przed Poznaniem: swobodę w wodzie, odporność na drobne problemy sprzętowe i kilka minut, które na połówce robią ogromną różnicę.
Najpierw odpoczynek, ale bez całkowitego wyjścia z rytmu
Po Bydgoszczy nie chciałem natychmiast wskakiwać w wielką objętość. Pierwszy z dwóch urlopów miał być przede wszystkim czasem dla rodziny. Zamiast pilnować wyniku, robiłem rano krótkie, spokojne przebieżki. Chodziło o ruch, regenerację i sygnał dla organizmu, że sezon jeszcze się nie skończył.

Rower też się pojawił, choć bez napinki: około 45 kilometrów po Kos, trochę podjazdów, dużo widoków i czysta przyjemność z jazdy. Do tego wejście na najwyższy szczyt wyspy. Nie każda aktywność musi być podporządkowana tabelce treningowej, żeby później zaprocentowała świeższą głową.

Najważniejszy postęp wydarzył się w open water
Jeśli miałbym wskazać jeden obszar, nad którym najbardziej chciałem popracować, byłaby to otwarta woda. Na urlopie wyznaczałem sobie konkretne boje i punkty orientacyjne na morzu. Do jednej z boi podchodziłem kilka razy. Odpuszczałem, wracałem i próbowałem ponownie, aż w końcu dopłynąłem.
To nie był najszybszy trening. Był ważniejszy: przestałem traktować open water jak coś, czego trzeba się bać.
Pływałem też obok rodziny poruszającej się na deskach SUP. Za pierwszym razem, bez pianki, to dziewczyny musiały na mnie czekać. Za drugim, już w nowej piance, chwilami role się odwróciły. Właśnie wtedy pierwszy raz pomyślałem, że w Poznaniu pływanie może nie być tylko etapem do przetrwania.

Poprzednia pianka była za mała: ograniczała ruch barków i potęgowała wrażenie napięcia oraz braku swobody oddechu. Tym razem wybrałem większy rozmiar i model ZEROD Fuzion Max dostępny w TriCentre.pl. Różnica była wyraźna. Pełny test pianki przygotuję osobno, ale już dziś mogę powiedzieć, że pływa mi się w niej swobodniej, a głowa nie dokłada do wysiłku własnej paniki.
Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli skorzystasz z bannera partnera, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowego kosztu dla Ciebie.

Forma rosła: dłuższy rower, 25 kilometrów biegu i szybszy basen
Po powrocie zaczęła się właściwa praca. Pojawiły się jazdy po 60 kilometrów, biegi dochodzące do 25 kilometrów, interwały i akcenty szybkościowe. Według Garmina pułap tlenowy wzrósł w cztery tygodnie z 53 do 57 — poziomu, którego nie widziałem u siebie od pięciu czy sześciu lat. Sam wskaźnik z zegarka nie jest wyrocznią, ale pokrywał się z tym, co czułem na treningach: byłem mocniejszy.

Zmianę widziałem też na basenie. Zegarek coraz częściej pokazywał tempo poniżej dwóch minut na 100 metrów. Dla wielu osób to zwykła liczba, dla mnie — sygnał, że wynik przestaje być przypadkiem. Basen zaczął dawać przyjemność, choć nadal wiem, że open water jest osobną dyscypliną.
Dwa kapcie naraz i lekcja, której nie chcę powtarzać na zawodach
Pewność siebie szybko dostała test. Podczas jednej jazdy przebiłem obie dętki po wjechaniu w dziurę. Miałem przy sobie jedną zapasową i pompkę CO₂, której nie obsługiwałem wystarczająco pewnie. Trening skończył się spacerem i telefonem po transport.
To była wtopa, ale potrzebna. Na zawodach identyczny błąd oznaczałby koniec walki o wynik. Teraz wożę dwie dętki i małą pompkę elektryczną. Co ważne, urządzenie zostało sprawdzone wcześniej — instrukcji nie chcę uczyć się pierwszy raz na poboczu trasy.


Ostatnie dni: już niczego nie budować i niczego nie zepsuć
Drugi urlop, w Bieszczadach, odbył się bez roweru i pływania, za to z dużą liczbą podbiegów. Kilka treningów miało układ około kilometra mocno w górę i kilometra w dół, powtarzany pięć–sześć razy. To był ostatni wyraźniejszy bodziec. Kilka dni przed Poznaniem nie da się już zbudować formy; można ją tylko odsłonić wypoczynkiem albo popsuć niepotrzebnym ryzykiem.
Dlatego odpuściłem open water w Katowicach, gdy woda wyglądała podejrzanie i kojarzyła się z zakwitem sinic. Następnego dnia poszedłem na basen. Na rowerze zostały krótsze, mocniejsze fragmenty, ale bez dużej objętości. Najważniejsze jest stanąć na starcie zdrowym i wypoczętym.

Dwie minuty do odzyskania już w strefie zmian
W Bydgoszczy T2 zajęło mi ponad cztery minuty. Dlatego przed Poznaniem wymieniłem klasyczne sznurówki na elastyczne, które nie wymagają wiązania. To mały detal, ale na połówce właśnie z takich detali składa się kilka minut. Sprzęt przygotowuję wcześniej, a nie wieczorem przed startem.

Czy naprawdę stać mnie na SUB 5H?
W Bydgoszczy uzyskałem 5:07:35, ale pływanie odbywało się z prądem, a trasa biegowa była dłuższa niż standardowy półmaraton. Nie ma sensu mechanicznie przenosić tamtego wyniku do Poznania. Moja oficjalna życiówka na dystansie 70.3 nadal wynosi około 5:26 z Gdyni. Pięć godzin jest więc celem bardzo ambitnym.
Jednocześnie mam kilka konkretnych powodów do optymizmu: lepszą tolerancję open water, piankę, która nie ogranicza ruchu, rosnącą formę biegową, szybszy basen i rozsądniej przygotowany zestaw awaryjny na rower. Nie gwarantuje to wyniku, ale sprawia, że mogę podjąć uczciwą próbę.
Plan na Poznań jest prosty: wykorzystać to, co wypracowałem, nie szukać wymówek i sprawdzić na mecie, ile naprawdę jestem wart.
To kolejny odcinek serii Droga do Ironman 2027. W niedzielę kończą się przewidywania — zaczyna się wyścig. Trzymajcie kciuki.
[…] Po 5:07:35 w Bydgoszczy wiedziałem, że złamanie pięciu godzin jest ambitne, ale realne. W ostatnim wpisie przed startem opisywałem lepsze pływanie, rosnącą formę i sprzętowe poprawki. Teraz nie było już miejsca […]