Pięć godzin albo porażka? Przez prawie rok dokładnie tak ustawiałem sobie IRONMAN 70.3 Poznań. Za mną było około 150 km pływania, 1700 km biegania i 2300 km na rowerze. Przede mną: 1,9 km w Jeziorze Kierskim, 90 km na rowerze i półmaraton. Po drodze odpiął się sprzęt, na rondzie omal nie zderzyłem się z samochodem, a na biegu żołądek odmówił współpracy. Mimo tego oficjalny zegar zatrzymał się na 4:58:06.
To kolejny rozdział Drogi do Ironmana 2027. Czasy i miejsca w klasyfikacji podaję za oficjalnym wynikiem zawodów; zapis FIT wykorzystuję wyłącznie do analizy przebiegu wysiłku.
Rok przygotowań zamknięty w jednym celu
Poznań miał być najważniejszym startem sezonu. Po 5:07:35 w Bydgoszczy wiedziałem, że złamanie pięciu godzin jest ambitne, ale realne. W ostatnim wpisie przed startem opisywałem lepsze pływanie, rosnącą formę i sprzętowe poprawki. Teraz nie było już miejsca na „zobaczymy”. Chciałem sprawdzić, czy cały ten rok naprawdę przełoży się na wynik.
Już sama logistyka wymagała planu: T1 nad Jeziorem Kierskim i T2 przy stadionie dzieliło około 13 km. Pakiet, worek biegowy, rower i poranny dojazd musiały trafić we właściwe miejsce. Paradoksalnie przed startem byłem spokojniejszy niż zwykle. Ekscytacja została, ale strach przed wodą wyraźnie osłabł.
Pływanie: pierwszy wielki test pianki i SUB 40
Rolling start odbywał się w ośmioosobowych grupach co 10 sekund. Ustawiłem się skrajnie z lewej strony: dalej od pierwszej boi, ale też dalej od największego tłoku. Cel był prosty — zejść poniżej 40 minut. Nie porównywałem się z Bydgoszczą, gdzie pomagał prąd; punktem odniesienia było 46 minut z Gdyni.

Pierwsze metry były dobre, momentami bardzo dobre. Najwięcej czasu zabierała nawigacja: boje widziałem słabo, kilka razy korygowałem kierunek, a raz musiałem całkiem się zatrzymać i spokojnie rozejrzeć. Mimo tego nie wróciła panika. To była największa zmiana.
Dużą rolę odegrała pianka ZEROD Fuzion Max dostępna w TriCentre.pl. Trzymała mnie wysoko w wodzie, a elastyczny materiał wokół barków pozwalał pracować rękami bez uczucia skrępowania. Wyszedłem z wody w około 38 minut, z dobrym samopoczuciem i pewnością, że pianka zdała najważniejszy dotąd test.

Największym sukcesem pływania nie było samo SUB 40. Było nim to, że po wyjściu z wody nadal czułem się gotowy do ścigania.
Wpis zawiera linki afiliacyjne. Jeśli z nich skorzystasz, mogę otrzymać prowizję bez dodatkowego kosztu dla Ciebie.

T1: skarpetki i gumki od włoszczyzny
Do T1 prowadził dłuższy podbieg. Szybko znalazłem worek, zdjąłem piankę i ruszyłem do roweru, po czym zorientowałem się, że nie mam skarpet. Krótki postój i można było jechać dalej. Oficjalny czas T1 wyniósł 5:05.
Pierwszy raz zostawiłem buty wpięte w pedały i ustawiłem je poziomo za pomocą gumek. Pomysł był dobry, wykonanie mniej: użyłem grubych gumek od włoszczyzny, które zamiast pęknąć, zaczęły blokować pedałowanie. Musiałem schylić się podczas jazdy i siłowo rozwiązać problem. Lekcja na przyszłość jest prosta — ten patent działa, ale potrzebuje cienkich gumek i wcześniejszej próby.

Rower: 2:36:00 mimo postoju i bardzo groźnej sytuacji
Plan zakładał średnią w okolicy 34 km/h i kontrolę mocy. Początek szybko go zweryfikował: lekki podjazd, nierówny asfalt, progi zwalniające, a po dwóch–trzech kilometrach odpięty przedni system nawadniania Profile Design FC35. Złapałem go tuż przed upadkiem na asfalt, zatrzymałem się i zamontowałem ponownie.
Dalej trasa była szybka i prawie płaska, choć wiatr zaskoczył siłą. Trzymałem pozycję aero, pilnowałem jedzenia i stopniowo odrabiałem słabszy początek. Najgroźniejszy moment wydarzył się na rondzie. Po przepuszczeniu jednego samochodu ruszył kolejny; musiałem hamować z całej siły i minęliśmy się o włos. To zdecydowanie nie była strata czasu, którą chciałbym jeszcze kiedykolwiek powtórzyć.

Dane FIT dobrze pokazują zmianę charakteru jazdy, ale nie wyjaśniają jej przyczyny. Pierwsze 45 km wyszło średnio około 33,8 km/h przy 183 W i tętnie 152 bpm. Drugie 45 km było szybsze — około 35,7 km/h — mimo niższej średniej mocy 169 W i tętna 148 bpm. Na ten obraz mogły wpływać profil trasy, wiatr, postoje i warunki na drodze, dlatego nie traktuję go jako prostego dowodu lepszego „pacingu”. Cały zapis roweru pokazał 176 W średniej mocy i 150 bpm, ale analizator nie miał podstaw do wiarygodnego obliczenia Normalized Power.

Końcówka bolała, lewa noga drętwiała, a średnie tętno było wyższe niż w Bydgoszczy. Mimo tego oficjalny split rowerowy wyniósł 2:36:00. Po zejściu z roweru łączny czas nadal dawał realną szansę na SUB 5.
T2 i półmaraton: 1:36:40 z żołądkiem, który powiedział „nie”
W T2 elastyczne sznurówki zadziałały idealnie. Więcej czasu straciłem na szukanie miejsca dla roweru — pomyliłem strony i dwa razy przebiegłem pod stojakami. Oficjalnie strefa zajęła 2:21. Na półmaraton zostało około 1:38, czyli margines praktycznie nie istniał.
Pierwszy kilometr pobiegłem za szybko, w około 4:02/km, choć planowałem okolice 4:20. Chwilę później odezwał się żołądek. Żele nie wchodziły i na całym biegu przyjąłem już tylko jeden. Dalej ratowałem się wodą, elektrolitami i intensywnym chłodzeniem na każdym punkcie.
Około szóstego kilometra pojawił się wyraźny kryzys. Po drętwieniu na rowerze lewa stopa bolała, a ból promieniował w górę. Temperatura przekraczała 24°C, słońce świeciło coraz mocniej, a cztery pętle oznaczały dziesiątki zakrętów i nawrotów. Miały jednak dwie ogromne zalety: na każdej widziałem rodzinę i dokładnie wiedziałem, gdzie czeka woda.

FIT pokazuje tempo około 4:22/km na pierwszych 10 km oraz około 4:37/km na dalszej części zapisu, przy podobnym średnim tętnie — odpowiednio 166 i 167 bpm. To pasuje do relacji o narastającym koszcie wysiłku, postojach na punktach i bólu, ale sam zapis nie pozwala rozdzielić wpływu upału, odżywiania, zakrętów i zmęczenia. Najważniejsze było to, że nawet przy wolniejszym tempie margines do pięciu godzin stopniowo rósł.

Na ostatniej pętli nie musiałem już niczego kalkulować. Zostało dobiec do stadionu, skręcić na czerwony dywan i wreszcie pozwolić sobie na celebrację. Oficjalny półmaraton: 1:36:40, średnio 4:36/km.


Oficjalny wynik IRONMAN 70.3 Poznań
| Etap | Oficjalny czas |
|---|---|
| Pływanie 1,9 km | 38:00 |
| T1 | 5:05 |
| Rower 90 km | 2:36:00 |
| T2 | 2:21 |
| Bieg 21,1 km | 1:36:40 |
| Meta | 4:58:06 |
Wynik dał mi 24. miejsce na 126 zawodników w M40–44, 200. miejsce na 1044 mężczyzn i 220. miejsce wśród 1298 sklasyfikowanych osób. Najważniejsza liczba pozostaje jednak ta pierwsza: 4:58:06. Cel został osiągnięty z zapasem 1 minuty i 54 sekund.


Co zabieram z Poznania na pełny dystans
Najbardziej jestem dumny z pływania. Przez lata to ono budziło największy niepokój, a w Poznaniu wyszedłem z wody po 38 minutach bez poczucia, że walka już mnie kosztowała zbyt dużo. Pianka zdała egzamin i właśnie w niej chcę wystartować na pełnym dystansie.
Rower pokazał, że potrafię wrócić do planu po problemach sprzętowych, ale też przypomniał, jak ważne są mocowanie akcesoriów, bezpieczeństwo i oszczędzenie nóg. Jeśli naprawdę chcę kiedyś walczyć o 10 godzin na pełnym dystansie, 180 km muszę przejechać nie tylko szybko, lecz także tak, aby nadal mieć nogi na maraton.
Największy znak zapytania dotyczy odżywiania. Na połówce mogłem ograniczyć żele i dowieźć bieg wodą, elektrolitami oraz chłodzeniem. Na pełnym dystansie taka improwizacja nie wystarczy. Strategię przyjmowania energii muszę przetestować wcześniej i znaleźć rozwiązanie, które żołądek zaakceptuje przez wiele godzin.
Poznań odpowiedział na pytanie, czy potrafię złamać pięć godzin. Potrafię. Jednocześnie pokazał, jak dużo pracy nadal dzieli mnie od pełnego Ironmana.

Następny przystanek to Maraton Warszawski. Dwa lata temu po powrocie do zdrowia obiecałem sobie „nigdy więcej”, chyba że będę walczył o życiówkę albo pobiegnę jako zając dla Oli. Zapisałem się ponownie. Tym razem bez pompowania balonika — ale na pewno nie bez ambicji.
[…] Jeśli interesuje Cię także praktyczna strona startów, przeczytaj moją relację: IRONMAN 70.3 Poznań w 4:58:06. […]