Plan legł w gruzach już na początku Greater Manchester Marathon. Zamiast gotowości pojawiły się myśli: nie chce mi się, po co mi to, chciałbym już być po wszystkim. A przecież dopiero ruszyliśmy.
To druga część relacji z finału Crushing3. Podróż i przygotowania do startu opisałem w PART 1. Tutaj jest to, po co pojechałem do Manchesteru: walka o maraton poniżej 3 godzin i meta z wynikiem 2:55:18.
Pierwszy kryzys — zanim zdążyłem się rozpędzić
Nigdy wcześniej nie dopadło mnie to tak wcześnie. Nogi były ciężkie, pierwsze kilkaset metrów fatalne. Nie wiedziałem, czy zabrakło rozgrzewki, czy wychłodziłem się przed startem, czy po prostu puściło napięcie zbierane od tygodni.
Po 300–400 metrach zegarek pokazywał około 4:30 min/km. Spojrzałem na zapisane dłonie: walka, siła, dasz radę. Przypomniałem sobie 20 tygodni przygotowań i ponad 1300 kilometrów w nogach. Nie mogłem odpuścić już na starcie. Zacząłem przyspieszać i szukać rytmu.
Pierwszy kilometr: 4:07. Potem zrobiło się szybciej
Pierwszy kilometr wyszedł w 4:07. Dobrze. Pojawiły się zbiegi, więc uznałem, że trzeba je wykorzystać. Tyle że zaraz odezwał się „szympans” w głowie: za szybko, zwolnij, zajedziesz się przed połową.
Próbowałem go przechytrzyć. Powtarzałem sobie, że 4:00–4:05 nie jest aż tak daleko od planowanego 4:10. Miałem za sobą długie wybiegania po 35 kilometrów, w tym 24 kilometry w tempie 4:12. Nogi zaczęły się rozruszać, motywacja wróciła i wreszcie zacząłem cieszyć się biegiem. Delikatnie odzywała się kolka, ale na szczęście nie przeszkadzała mocno.

Trasa i kibice
Nazwa sugerowała Manchester, ale samego miasta zobaczyłem niewiele. Bieg prowadził głównie przez dzielnice domów jednorodzinnych, bez zahaczania o centrum. Dla mojego celu nie miało to większego znaczenia: ważniejsze było to, że trasa była płaska.
Atmosfera przypominała mi trochę Dębno. Mieszkańcy siedzieli na leżakach, całe rodziny dopingowały, podawały wodę i żelki. Na oficjalnych punktach bardzo podobały mi się małe butelki — łatwo było się napić albo zabrać wodę dalej. Były zespoły muzyczne i miejsca z naprawdę dużym tłumem. Zewsząd „well done”, a czasem też „dawaj” czy „Polska”.
Odzyskany rytm i znajoma twarz na 8. kilometrze
Po pierwszym kryzysie poczułem się świetnie. Zdecydowałem, że nie będę na siłę zwalniał do 4:10. Pilnowałem odczuwanego wysiłku, powtarzałem sobie, że tempo jest komfortowe, i biegłem. Raz kilometr w 4:00, raz w 4:08 — dopóki nie przekraczałem 4:10, nie chciałem korygować.
Na 8. kilometrze spotkałem Kamila, run.like.runner. Zrobił mi zdjęcie i pokazał kciuki w górę. Dobrze było zobaczyć znajomego. Instagram naprawdę potrafił zmniejszyć świat.

Biegniemy piątki: strategia dla głowy
Rozbiłem maraton na małe odcinki po 5 kilometrów. W porównaniu z całymi 42 kilometrami jedna piątka wyglądała zupełnie inaczej. Mówiłem sobie: biegnij tym tempem do końca tego odcinka, nie myśl jeszcze o kolejnym. Po 10 kilometrach miałem około 50 sekund zapasu względem wymarzonego wyniku 2:56.
Banery w tej relacji przedstawiają aktualne oferty. RACE READY to mój własny planer, a banery HomeFitnessCode i nikalab zawierają linki afiliacyjne — mogę otrzymać prowizję od zakupu.

Żele i wsparcie, do którego wracałem myślami
Na 10. kilometrze wziąłem pierwszy żel. W jednym z podcastów usłyszałem wcześniej, że Magda Boulet je żele powoli. Postanowiłem wypróbować ten pomysł, choć nie przetestowałem go na treningu. Zamiast zwyczajowych około 30 sekund, jadłem żel prawie przez kilometr. W tym konkretnym biegu było to dla mnie w porządku — nie traktuję tej obserwacji jako ogólnej zasady odżywiania.
Złe myśli czasem wracały. Wtedy przypominałem sobie osoby, które mnie wspierały: rodzinę, znajomych, współpracowników i ludzi z Instagrama czy Facebooka. Wracałem do wiadomości, komentarzy i gestów wsparcia. To pomagało odzyskać energię.
Wiatr, grupy i małe cele na trasie
Gdy zaczynało mocniej wiać, starałem się dojść do grupy przynajmniej 3–4 biegaczy i schować za nimi. Doświadczenie z Krakowa się przydało. W dużym maratonie nie brakowało osób biegnących na podobny czas.
Obierałem też pojedyncze cele. Z daleka wypatrzyłem koszulkę „Twój ślad zostanie w Poznaniu” i pilnowałem, żeby nie zniknęła mi z oczu. Około 16. kilometra wyprzedziłem jej właściciela, rzucając „cześć”, po czym wybrałem kolejnego biegacza.

Połowa dystansu: najszybszy kilometr
Z profilu wiedziałem, że w okolicy połowy trasy czeka największe wzniesienie. Zastanawiałem się, kiedy się pojawi i ile stracę. Tymczasem nadal biegło mi się świetnie, a na 21. kilometrze zbieg pozwolił pobiec w 3:46 — to był mój najszybszy kilometr. Wziąłem drugi żel, znowu wolniej niż zwykle.
Potem przyszły kilometry w 3:56 i 3:57. Średnie tempo spadło do około 4:02. Samopoczucie było świetne, ale z tyłu głowy słyszałem coraz głośniejsze ostrzeżenie: zobaczymy się na trzydziestym. Gdy wysiłek dawał o sobie znać, uspokajałem oddech i powtarzałem, że wszystko jest dobrze.
30. kilometr: jakby ktoś odłączył prąd
Kolejna piątka minęła i dotarłem do punktu, o którym tyle myślałem. Miałem do tego miejsca trzymać 4:10, a potem zdecydować, czy utrzymywać tempo, czy przyspieszać. W rzeczywistości biegłem szybciej. Minąłem 30. kilometr i nagle — pstryk.
Tempo 4:05 zaczęło mocno męczyć. Przestałem myśleć piątkami i przeszedłem na pojedyncze kilometry. Jeszcze jeden, jeszcze jeden. Liczyłem do ośmiu i od nowa, żeby odciągnąć głowę od nóg. Zegarek pokazywał 31,3, potem 31,5 i 31,7 kilometra. Czworogłowe zaczynały się odzywać, a do kolejnego żelu nie potrafiłem się zmusić.
Miałem wrażenie, że coraz więcej osób mnie wyprzedza. Mimo to zegarek nadal pokazywał 4:07 i 4:08. Tempo spadało powoli, ale spadało. 34. kilometr wyszedł już w 4:12.

35–37 km: kryzys i rozmowa, która zmieniła wszystko
Do kryzysu w głowie dołączył fizyczny. Na 35. kilometrze mocniej odezwały się uda, tempo spadło do około 4:20. Na 37. kilometrze żadna sztuczka już nie działała: ani liczenie, ani dzielenie biegu na małe części.
Wtedy spotkałem Marcina, który biegł mimo niedawno złamanego nosa. Dogonił mnie i zapytał, czy złamię te 3 godziny. Uruchomiło to szybkie liczenie: 37. kilometr, około 5 kilometrów do końca, na zegarku 2:31:15. Nadal miałem prawie pół godziny.
Napięcie zeszło. Ból został, ale pojawiła się pewność, że cel jest blisko. To przypominało czekanie na wschód słońca: wiesz, że zaraz się wydarzy, tylko jeszcze przez chwilę musisz wytrzymać.
Powrót energii i ostatnie kilometry
Do tego w słuchawkach zabrzmiało Oasis. Manchester, ich miasto, mój ulubiony zespół — kolejny bodziec. Tempo trochę wzrosło, choć liczenie przewidywanego wyniku szło już kiepsko. Marzyłem o mecie. 40. kilometr przebiegłem w 4:23.
Zacząłem wypatrywać żony, dzieci, siostry i flagi. Tłum gęstniał, doping narastał. Wyłączyłem muzykę, żeby słyszeć ludzi. Przemknęła mi nawet myśl: oby żona nie stała z flagą za daleko od mety, bo może być ciężko biec z nią dłużej.
Ostatnie 700 metrów z polską flagą
41,5 kilometra. Zostało około 700 metrów, mniej niż dwa okrążenia bieżni. Nogi coraz cięższe, ale meta już widoczna. Nie umiałem przyspieszyć, za to przynajmniej nie zwalniałem. Pięćset metrów, trzysta… jest żona. Mam flagę. Biegnę.

Widziałem zegar i wiedziałem, że teraz nawet czołgając się, dowiozę ten wynik. Wszystkie wczesne pobudki, wyrzeczenia, dieta, stres, ból, odciski i treningi w każdej pogodzie wróciły naraz. Po to było to wszystko.
Meta: 2:55:18. Crushing3 stało się faktem
Rozłożyłem ręce z flagą. Nie walczyłem już o pojedyncze sekundy — chciałem smakować ten moment. Na twarzy coraz większy uśmiech, ciarki na plecach. W końcu mogłem poczuć to, dla czego biegam.
Potem meta i „well done, The Sor”. Nie było dramatycznego 2:59:59. Od początku walczyłem o coś więcej niż urwanie jednej sekundy z trzech godzin. Chciałem tę barierę rozwalić. I zrobiłem to: 2:55:18.

Po przekroczeniu mety emocje wybuchły. Brakowało mi słów. Poczułem radość prostą, bezwarunkową, prawie dziecięcą. To jest chwila, której nigdy nie zapomnę.
Po biegu: nagroda, rodzina i obolałe nogi
Owinąłem się flagą i ruszyłem po rzeczy do depozytu. Łzy w oczach, poczucie spełnienia. Czworogłowe bolały, następnego dnia doszły łydki. Mimo wazeliny miałem obtarte, zakrwawione sutki i kilka lekkich odcisków, ale w mojej ocenie nic poza zwykłymi powysiłkowymi dolegliwościami.
Sięgnąłem po nagrodę obiecaną sobie przed startem. Spotkałem też kolejnego znajomego z Instagrama, siwy_raf, i przybiliśmy piątki. Potem dotarłem do punktu spotkań i zobaczyłem rodzinę.



Co dalej? Najpierw chcę nacieszyć się tym dniem
Maraton powoli stawał się historią, ale we mnie nadal siedziała ta moc. Pytaliście, co dalej. W tamtej chwili nie chciałem jeszcze wiedzieć. Chciałem cieszyć się dniem i tym, że marzenie wreszcie stało się faktem. Na kolejne cele miał przyjść czas później.
Czytaj PART 1: przygotowania i ostatnie chwile przed startem · Zobacz cały projekt Crushing3
[…] momencie: NIC NIE MUSZĘ… MOGĘ WSZYSTKO. Tak… bo gdy w kwietniu biegłem w Greater Manchester Marathon, wtedy wisiała nade mną presja złamania 3 h… tyle osób we mnie wierzyło, tyle […]
[…] kilku dni zastanawiałem się na co mnie stać. Przygotowań było dużo mniej niż przed Manchesterem i przez to, prędkości jakie osiągałem na treningach… też były raz lepsze a raz gorsze. […]
[…] momencie: NIC NIE MUSZĘ… MOGĘ WSZYSTKO. Tak… bo gdy w kwietniu biegłem w Greater Manchester Marathon, wtedy wisiała nade mną presja złamania 3 h… tyle osób we mnie wierzyło, tyle […]
[…] (w ogóle kupić jakiś sensowny rower), ale w pierwszej kolejności złamać 3h w maratonie. O tym TUTAJ. Wtedy biegowo będę „spełniony” i będę mógł poświęcić się na inne – […]
[…] TUTAJ ciąg dalszy. […]
[…] Złamanie 3 godzin w Maratonie […]
[…] znajdziecie efekt mojej walki o 3 godziny w maratonie, jedną ze składowych były właśnie wizyty u […]
[…] Jak już z niej wyjdziemy – od razu się „okopujemy” na nowo. Tak tworzony jest progres. Np. progres w treningach, coś, co kiedyś było naszym sufitem – po jakimś czasie zdobywania kolejnego „okopu” – staje się naszą podłogą. Pamiętam jak zaczynałem biegać… i udało mi się przebiec 1 kilometr w 4 minuty 15 sekund… byłem z tego powodu niezwykle dumny, to był mój sufit… w kwietniu 2018r. roku planuję przebiec maraton (42 192m) w tempie równym lub nawet szybszym i złamać 3 godziny. Czyli sufit – stanie się podłogą. (Tak też się stało, przeczytasz TUTAJ) […]