Maraton Wrocław 2014 miał być spokojnym biegiem i kolejnym krokiem do Korony Maratonów Polskich. Wyszło inaczej: 3:25:21, nowa życiówka i finisz z córką za rękę. Wynik cieszył, ale to te ostatnie metry zapamiętałem najmocniej.
Trudne zadanie przede mną. Półmaraton było łatwo opisać, bo było na co narzekać: kryzysy na trasie, kilka wpadek organizatorów. Człowiek lubi sobie ponarzekać, od razu łatwiej się uzewnętrznić. A teraz? Po 32. Maratonie Wrocław mam problem, bo przede wszystkim chcę się uśmiechać.
Przed startem: pakiet, depozyt i trochę nerwów
Pierwszy raz pojechałem na maraton bez Oli. Miała dołączyć później i czekać na mecie razem z Martynką. Córka bywała już na krótszych biegach, ale na maratonie jeszcze nie. Sama świadomość, że obie tam będą, dodawała mi sił.
Po raz pierwszy odbierałem też pakiet w dniu biegu. Biuro miało być otwarte do 8:00, więc planowałem przyjechać najpóźniej o 7:20, żeby mieć zapas.
- Parking: bez problemu znalazłem miejsce.
- Odbiór pakietu: około pięciu minut w kolejce i sprawa załatwiona.
- Koszulki: wrócił problem znany mi z nocnego półmaratonu we Wrocławiu. Rozmiar wybierało się przy rejestracji, a potem ponownie podawało przy odbiorze. Niektórzy nie dostali zamówionego L, bo zabrakło. Ja swoje M na szczęście odebrałem.
Spokojnie się przebrałem i zostawiłem rzeczy w depozycie. Tutaj znów wszystko poszło szybko i sprawnie.
Rozgrzewka po mojemu
Za rozgrzewką przed maratonem nie przepadałem — w głowie miałem przecież ponad 42 km do przebiegnięcia i oszczędzanie sił. Skończyło się na krótkim rozciąganiu, kilku skłonach i podskokach. Pięć minut przed startem stałem już w swojej strefie i nastawiałem się psychicznie na bieg. Tak wyglądał mój poranek przed tym konkretnym startem.
Plan na Maraton Wrocław: spokojnie, bez śrubowania wyniku

Chciałem pobiec bezpiecznie i bez przygód. Ostatnio mocno odzywały się piszczele i rozcięgno podeszwowe, więc nie miałem ochoty dokładać sobie problemów. To miał być czwarty z pięciu maratonów potrzebnych mi do Korony Maratonów Polskich. Tym razem chciałem po prostu czerpać radość z biegu.
Pogoda nie zachęcała do walki o rekord: słońce, bezchmurne niebo i około 18°C już o 9:00. Później robiło się tylko cieplej. Miałem jednak jeszcze jeden plan, a właściwie marzenie — przebiec końcówkę z Martynką. Maraton potrafił wywołać we mnie ogromne emocje. Chciałem podzielić się nimi z najważniejszymi dla mnie osobami: Olą przy mecie i córką na ostatnich metrach.
Co chciałem sprawdzić podczas biegu?
- Zegarek z GPS — wreszcie mogłem na bieżąco kontrolować tempo.
- Wazelinę jako sposób na moje problemy z otarciami.
- Żele energetyczne, do których wcześniej nie byłem przekonany.
- Negative split, czyli drugą połowę szybszą od pierwszej.
- Korzystanie z punktów z napojami i schładzanie się na trasie.
- Muzykę, która pomagała mi utrzymać dobry nastrój.
Zakładałem czas między 3:30 a 3:45. Patrząc na wcześniejsze starty, wydawał mi się spokojnym celem. Nie chciałem na siłę poprawiać życiówki — główny sprawdzian planowałem na 12 października w Poznaniu. Jak skończyła się tamta historia, opisałem w relacji z Poznań Maratonu 2014 i walki o Koronę Maratonów Polskich.

Plan planem… a ambicja zrobiła swoje

Oczywiście odezwała się moja strona nastawiona na wynik. Nazwijmy to pewnością siebie i wiarą, że jestem lepiej przygotowany niż rok wcześniej. Pierwszy maraton, w Warszawie 29 września 2013 roku, ukończyłem dokładnie w 3:30:00, czyli w okolicach 5:00 min/km. Wtedy było to wyzwanie. Teraz takie tempo wydawało mi się spokojnym bieganiem.
Ustawiłem się w okolicy pacemakerów z balonikami na 3:30. Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry wychodziły w okolicach 4:55 min/km. Po dwóch–trzech kilometrach przypomniałem sobie lekcję z poprzednich zawodów: przy pacemakerach robi się wyjątkowo ciasno. Gdy nadarzyła się okazja, delikatnie ich wyprzedziłem.
Trochę narzekania też się znajdzie
Tłok i strefy startowe
W tłumie mijałem osoby, które już po kilku kilometrach stały z boku i łapały oddech. Z mojej perspektywy wyglądało to jak skutek zbyt szybkiego początku. Start ze strefy szybszej niż własne możliwości potrafi zepsuć bieg, a przy okazji utrudnia poruszanie się innym. Nie chodziło mi o różnicę kilku sekund na kilometr, tylko o znacznie większe rozbieżności.
Sam też mógłbym się na tym przejechać. Gdybym ruszył po 4:00 min/km, przez pewien czas może dałbym radę. Tylko co potem? Przede mną byłby jeszcze kawał maratonu. Dlatego wolałem stanąć w swojej strefie i szukać miejsca do biegu bez nerwowego przeciskania się.

Rowerzyści na trasie
Przeszkadzali mi też rowerzyści towarzyszący biegaczom. Widziałem nawet dwie osoby jadące obok siebie przy jednym zawodniku. Przy takim tłoku dodatkowy rower zajmował miejsce i utrudniał wyprzedzanie. Rozumiem chęć pomocy i kibicowania, ale z perspektywy biegnącego wolałbym spotkać taki doping z boku trasy. OK, koniec narzekania.

Wracam do biegu: tempo, punkty i wolontariusze
Początek był przyjemny. Po wyprzedzeniu grupy z pacemakerami biegło mi się swobodniej, a tempo kręciło się w okolicach 4:54–4:59 min/km. Mały minus należał się oznaczeniom kilometrów — na początku były mało widoczne i kilka przeoczyłem przez tłum.
Punkty odżywcze bez zgadywania
Za to punkty odżywcze były bardzo dobrze oznaczone. Z daleka widziałem, gdzie jest woda, gdzie izotonik, banany, cukier i miski z wodą. Po wcześniejszych doświadczeniach postanowiłem nie omijać żadnego punktu. Długie stoły, dużo wolontariuszy i wszystko, czego wtedy potrzebowałem.
Wolontariusze — wielkie dzięki!
Od wydania pakietu po wręczenie medalu, napoju i banana: kawał dobrej roboty. Dużo uśmiechu, pomoc w każdej sytuacji i kilka drobiazgów, które zostały mi w pamięci:
- Życzenia udanego biegu przy odbiorze pakietu.
- Podawanie napojów mimo kubków latających dookoła.
- „Prysznic” w okolicy 12. kilometra — na prośbę zawodnika wolontariusze chlapali wodą z misek. W tym słońcu było to dla mnie wspaniałe uczucie.
- Wiadro wody w okolicy 25. kilometra, również na moje życzenie.
- Sprawne wręczenie medalu i łatwo dostępne napoje za metą.
- Brawa przy odbiorze depozytu. Witano tak każdego maratończyka. Prosty gest, który wzruszył mnie bardziej, niż się spodziewałem.
Za to wszystko bardzo Wam dziękuję.
Półmetek: 1:43:42 i ochota na więcej

Kilometry mijały nie wiadomo kiedy. Czułem się mocny i co chwilę powtarzałem sobie w głowie: dam radę, mam siłę, mogę więcej, świetnie mi idzie. Zegarek potwierdzał, że jest dobrze. Ciepło dawało o sobie znać, ale samopoczucie nadal dopisywało.
Na półmetku zobaczyłem 1:43:42 i miejsce 578. Wtedy zacząłem przyspieszać. Z wcześniejszych 4:54–4:58 min/km przeszedłem w okolice 4:40–4:48 min/km. To było szybciej, niż planowałem, ale czułem się świetnie i chciałem to wykorzystać.
Co wyszło z testów podczas maratonu?
Zegarek, wazelina i żele
Zegarek z GPS okazał się bardzo pomocny. Wreszcie widziałem tempo na bieżąco, zamiast czekać na komunikat co kilometr. Łatwiej było mi kontrolować bieg. Wazelina też zdała mój test — tym razem bez otarć.
Do żeli chyba zacząłem się przekonywać. Podczas biegu nie miałem po nich problemów, choć po zawodach brzuch nie był całkiem zadowolony. Wziąłem jeden około 20 minut przed startem, a kolejne na 15., 25. i 35. kilometrze. W międzyczasie zjadłem pół banana.
Duży plus za widoczne z daleka punkty z wodą: mogłem zjeść żel przed stołem i od razu go popić. Tylko dlaczego te żele muszą być tak słodkie? Nawet limonka niewiele zmieniała.

Negative split, napoje i muzyka
Negative split pasował mi najbardziej. Wolałem dotrzeć do połowy z zapasem i dopiero później przyspieszyć. W Dębnie przeżyłem odwrotną historię: szybki początek, a na końcu ściana i kilometry nawet po 6:14. Wynik około 3:30 nie oddawał tego, jak ciężko było mi wtedy na trasie. W Poznaniu też chciałem pobiec z szybszą drugą połową.
We Wrocławiu korzystałem z napojów na każdym punkcie. Brałem izotonik, wodą przepłukiwałem usta i polewałem głowę oraz kark. Było mi naprawdę ciepło. Po oblewaniu przez chwilę chlupało w butach, ale wtedy ważniejsze było dla mnie uczucie schłodzenia. Po trudnym BMW Półmaratonie Praskim 2014 szczególnie zwracałem na to uwagę.
Muzyka robiła swoje. „300 Violin Orchestra” Jorge Quintero i „Strength of a Thousand Men” Two Steps from Hell wyjątkowo mi podpasowały. Były momenty, kiedy czułem, jakbym unosił się kilka centymetrów nad trasą. Taki biegowy odlot.

Finisz z córką: spełnione marzenie
Im bliżej mety, tym bardziej byłem pewien, że poprawię życiówkę z Krakowa: 3:26:12. Endomondo pokazało mi 3:22, ale dla mnie liczył się oficjalny wynik: 3:25:21. A ostatnie metry miały być czymś więcej niż walką z zegarkiem.
Od dawna chciałem skończyć maraton z Martynką. Miała wtedy trzy i pół roku. Na poprzednie maratony jej nie zabieraliśmy — bywało za daleko albo niewygodnie. Tutaj wreszcie była okazja. Przez ostatnie 500 metrów wypatrywałem Oli i córki. Zobaczyłem je jakieś 200 metrów przed metą.
Ola podała mi Martynkę, a ja wziąłem ją na ręce. Byłem zmęczony, ale dostałem nowy zastrzyk sił. Kibice też się ucieszyli. Na ostatnich mniej więcej 50 metrach postawiłem córkę na ziemi, złapałem ją za rękę i razem pobiegliśmy do mety.
Martynka była zachwycona. Ludzie nas oklaskiwali, a medal po przekroczeniu mety od razu przekazałem jej. Ola mocno dopingowała i też wiedziała, że poprawię czas. Córka śmiała się na głos, a ja do zwykłej maratońskiej euforii dostałem coś jeszcze: możliwość przeżycia tej chwili razem z rodziną. Nie umiem tego w pełni opisać. To trzeba poczuć.
Maraton Wrocław 2014 — wynik ważny, wspomnienie ważniejsze
Jako sprawdzian ten start wyszedł świetnie. 3:25:21, miejsce 240 w stawce liczącej prawie 4000 osób i 46. w kategorii. Zyskałem mnóstwo pewności siebie. W Poznaniu marzyło mi się 3:15, a gdzieś na horyzoncie pojawiała się myśl o złamaniu trzech godzin. Krok po kroku.
Organizatorom należą się wielkie podziękowania. Spośród moich czterech maratonów ten był wtedy zorganizowany najlepiej. Ale najważniejsze zostało na zdjęciu z finiszu: pierwszy raz kończyłem maraton z takim uśmiechem. Nie z ulgą, że już nie muszę biec. Z radością z tej jednej chwili, przeżytej z córką i Olą.
Moment zachowany jak komar w bursztynie. Właśnie dla takich chwil warto żyć.
[…] towarzyszyły mi aż do września. Maraton we Wrocławiu przebiegłem na „luzie” http://thesorwbiegu.pl/2014-32-maraton-wroclaw-niespodziewana-zyciowka-spelnione-marzenie/ tylko po to, by przed najważniejszym biegiem tamtego roku uszkodzić rozcięgno podeszwowe. […]
[…] Reszta tutaj: http://thesorwbiegu.pl/2014-32-maraton-wroclaw-niespodziewana-zyciowka-spelnione-marzenie/ […]
[…] pod okiem Trenerki z Runner’s World i Wrocław – który opisałem w poprzednim wpisie TUTAJ– więc tylko przypomnę. Biegło się super, czas: 3:25:21. Ostatnie 200m z córką, najpierw […]